Jeden z moich znajomych opisał ostatnio
piękną scenkę autobusową. Podobała mi się one szczególnie dlatego, że wykazał się dostateczną trzeźwością umysłu, aby wydać na świat ciętą ripostę. Ja niestety podzielam schorzenie wielu osób i pod względem ciętych ripost jestem
l’homme d’escalier, czyli riposta przychodzi mi do głowy już po wszystkim. Jest mi jednocześnie żal i wstyd, bo niektórzy naprawdę zasługują, by kilka dobrze dobranych słów usłyszeć.

Nawiązuje do tego, aby moim całkiem nowym zwyczajem przejść do czegoś zgoła innego. Otóż ten sam znajomy od notki autobusowej, dla potrzeb tego tekstu nazwijmy go Pięknozadym, w innej swojej notce, a może nawet w kilku lub kilkunastu notkach (cytatów nie będę szukać, wszak jestem św. Tomaszem, patronem gnuśnych), wspomina o kwestii „otwartego bycia gejem”. Przejawia się to m.in. w trzymaniu swojego partnera za rękę na ulicy, w całowaniu w miejscach publicznych itd. Oczywiście, ktoś bardziej w całej kwestii obeznany, mógłby powiedzieć: Pięknozady siedział przecież w Holandii tyle czasu i holenderska rozwiązłość mu uderza na zmysły. Porzućmy jednak tę ścieżkę rozumowania. Interesuje mnie raczej różnica podejścia światopoglądowego między Pięknozadym a mną. Otóż zgadzam się, że w sumie powinno się móc swobodnie okazywać uczucia swojemu partnerowi gdzie tylko się chce (choć nie za bardzo swobodnie, bo jako człowiek o stanowczych obyczajach, nie mogę zdzierżyć robienia ślimaka, czy to para homo czy hetero!). Jednak z czym się zgodzić nie mogę, a raczej co mnie w ogóle nie interesuje, to omawianie kwestii mojej orientacji. Zdarza się czasem, że osoba nowopoznana pyta: A kiedy się zorientowałeś, że jesteś gejem? Odpowiedź: A kiedy ty się zorientowałeś, że jesteś hetero? Pytanie: Czy twoi rodzice wiedzą, że jesteś gejem? Odpowiedź: A twoi wiedzą, że jesteś hetero? No i moje ulubione z serii pytań: Czy ciężko było się ujawnić? Odpowiedź: Przejdźmy do kolejnego zagadnienia: nie sądzisz, że wiosna w tym roku dopisała?

Znajdowałem się kiedyś w stanie, że tak powiem, wzmożonej świadomości gejowskiej. Na szczęście mi przeszło i jakkolwiek uważam, że kwestie związane z emancypacją homoseksualistów są niezwykle ważne, tak uważam też, że istnieją alternatywne, ciekawsze tematy dyskusji. Kilka lat temu z lubością odpowiadałem na wszelkie pytania dotyczące mojej orientacji, jednak szybko zdałem sobie sprawę, że nie jestem jednym z tych ludzi, którzy muszą się tym przejmować. Są osoby, które potrzebują i piszą na tematy związane ze społeczeństwem
LGBT. Ja takiej potrzeby w ogóle nie odczuwam i jest mi z tym dobrze. Jeśli przyłapiecie mnie na oglądaniu aktów męskich, to nie mówcie: Wiedziałem, że cię to kręci. To banał – akty męskie kręcą mnie w tym samym stopniu co
dadaizm,
kubizm i XVI-wieczna aktywność artystyczna
Arcimboldiego. Gdzieś po linkach z bloga Pięknozadego dokopałem się do
tekstu o homoseksualnych konotacjach twórczości Henry’ego Jamesa i jako zdeklarowany homoseksualista muszę powiedzieć, że nie mam najmniejszej ochoty tych wątków w twórczości owego się doszukiwać.
Całe to przedstawienie wynika z dyskusji, jakiej ostatnio ze sobą nie przeprowadziliśmy (gdyż odbyła się ona za pośrednictwem Synafii, która relacjonowała Pięknozademu moje słowa, a mnie – jego). Dowiedziałem się, że Pięknozady nie rości żadnych pretensji do jakiejkolwiek wiedzy o istocie Boga lub wszechświata (owego lub nie mam ochoty teraz tłumaczyć, pozostawiam to na inną notkę). I faktycznie – nic na jego blogu nie wskazuje na takie zainteresowanie. Wszystko natomiast na duże zaangażowanie tzw. kwestią gejowską. Tymczasem ja, tak jak nie interesuje się szczególnie polityką, bo to trochę strata czasu, tak też nie interesuję się kwestią gejowską. Gejem po prostu się jest albo nie. I nie jest związane ze stopniem emancypacji to, że nie rozmawiam o swojej orientacji, nie chodzę z moim chłopakiem za rękę po ulicy, ani nie całuję go pod kolumną Zygmunta. Jeżeli ktoś chce ze mną rozmawiać o moim gejostwie, to jest to po prostu niepoważna rozmowa, na którą szkoda mi śliny. Co do chodzenia za rękę i innych form obłapiania, to w ogóle za nimi nie przepadam, bo jeśli mi na kimś zależy, to ta osoba o tym na pewno wie, a reszta świata wiedzieć nie musi. Chcesz opowiadać wszystkim z kim sypiasz – zostań tzw. gwiazdą, najlepiej telenoweli.
Nie jest to w żadnym sensie krytyka tego, czym zajmuje się Pięknozady, bo jego bloga czytam zawsze z zaciekawieniem. Uważam jednak, że myli się nieco w podejmowanym od czasu do czasu nawoływaniu, aby gejem być otwarcie. W końcu jeżeli zajmuję się
teorią kwantową albo
teorią małpy wodnej, to kogo u licha obchodzi, z kim sypiam. Wszak najwyższym stopniem emancypacji jest to, że ty nie tatuujesz sobie na czole, a inni nie wypytują natrętnie. Każdy żyje jak uważa i nie ma po co pod kołdrę zaglądać.
Doceniając więc różnorodność myśli i wieloświatopoglądowość, stwierdzam na koniec: Pięknozadego cechuje indyferentyzm w dziedzinie poznania Boga lub wszechświata, mnie natomiast to samo schorzenie w dziedzinie życia gejowskiego (choć np. niezwykle wysoko cenię wytwory
campu).
Wszelka dyskusja i wynikające z niej konieczności sprostowania powyższego tekstu mile widziane. Blog jest niestety narzędziem często wymagającym porzucenia rzetelnej analizy, dlatego tekst ten może niesłusznie przypisywać pewne przekonania i postawy innym. Wyraża natomiast moją opinię na temat.
PS. Napisać o tym postanowiłem także dlatego, że zauważyłem, że wymaganie jawnego prezentowania swojej orientacji jest częstym błędem środowiska gejowskiego, które nigdy nie może wyjść ze zdziwienia, że jakiś twórca, pisarz, malarz, inny artysta, który jest gejem, nie podejmuje w swojej twórczości bezpośrednio tematyki gejowskiej. Podejście takie i presja, jaką wywiera to na twórców, owocuje powstaniem np. ogromnej ilości bardzo marnej literatury gejowskiej.