Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania amoku, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania amoku, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 stycznia 2009

W amoku: Krem kawowo-czekoladowy


W amoku wpadłem do kuchni, chcąc zaparzyć sobie kawy, gdyż miałem w perspektywie ciężkie, wieczorne brnięcie przez grzęzawiska i zasieki wiedzy. Wciąż jednak mając przed oczami artykuł o kawie z najnowszej Kuchni, postanowiłem swoją porcję tego napoju najpierw rozcieńczyć nieco mlekiem, a następnie zagęścić czekoladą. Wyszło zgoła co innego… Ważne jednak, że przygotowanie nie zajęło zbyt wiele czasu, a efekt był aż nadto zadowalający. Dlatego wszystkim zapracowanym i pochłoniętym nauką polecam Szybki Kawowo-Czekoladowy Krem Wzmacniający!

Składniki:
2 filiżanki godziwego espresso
¾ kubka mleka
40 g czekolady (mniej niż połowa tabliczki) deserowej
10 ml rumu
łyżka cukru demerara
3 łyżeczki mąki ziemniaczanej

Wykonanie:
Zaparz kawę. Większą część mleka zagotuj z kawą, w mniejszej rozmieszaj mąkę ziemniaczaną. Do mleka i kawy wlej rozrobioną mąkę i raz jeszcze zagotuj, ciągle mieszając. Rozpuść w kremie czekoladę, wymieszaj starannie. Dodaj cukier i rum – wymieszaj raz wtóry. Przy apetycie na dno salaterek możesz włożyć biszkopty, kruszone herbatniki lub ciasteczka maślane. Pozwól kremowi nieco przestygnąć i jedz.

Powodzenia!
kulinaria

poniedziałek, 19 stycznia 2009

W amoku: Arcadia Andreasa Scholla


Jak już zapewne wszyscy zauważyli, przeżywam ostatnio okres fascynacji operą. Wzięło się to chyba z nieznośnej głupoty pracy na etacie – by umilić sobie godziny spędzane w biurze i nie pozwolić, aby były one całkowicie bezowocne i doszczętnie zmarnowane, zacząłem słuchać na last.fm radia klasycznego i barokowego. W końcu naszło mnie na operę i spodobała mi się, ale nieszczęsne, pocięte i wyrwane z właściwych sobie okoliczności fragmenty poszczególnych utworów nie satysfakcjonowały mnie. Tak oto poczyniłem pierwszy zakup: Aidę Verdiego, którą następnego dnia w pracy przesłuchałem z 5 razy.

Niemniej, zaległości mam ogromne. A przecież podagra (która się bierze z wystawnego życia) w rodzinie zobowiązuje! Staram się przeto zaległości szybko nadrabiać. I tak, nie poznawszy jeszcze zbyt wiele, ale mając za przewodników wrodzony dobry smak, niezawodną ciocię Wikipedię i niezastąpionego a zacnego Józefa Władysława Reissa (i jego Małą encyklopedię muzyki), zdążyłem sobie wyrobić gust operowy. Otóż lubię przede wszystkim opery barokowe: Vivaldiego, Purcella, Glucka, Lully’ego. Poza tym na pewno Verdiego. Nie zabrałem się jeszcze za Pucciniego, Monteverdiego, Bizeta ani Wagnera. (Na wszystko czas przyjdzie.) Co jednak najważniejsze – wiem już doskonale, jaki rodzaj głosu najbardziej mi odpowiada. Zdiagnozowałem bowiem u siebie silne uzależnienie od kontratenorów. Pasjami mogę ich słuchać!

Kierowany dziś tym uzależnieniem w całkowitym amoku zakupiłem płytę Andreasa Scholla, którego głos niezwykle odpowiada mojemu gustowi, gdyż jest czymś dokładnie pomiędzy głosem damskim i męskim. Nie jest tak wysoki jak głos Jaroussky’ego i dlatego częściej osiąga niższe rejestry, co wywołuje u mnie euforię. Euforię podobną do tej, którą wywołał u mnie Divy Plavalaguny w Piątym elemencie. Dysponując pięknym kobiecym głosem, cudownie wydobywała z siebie dźwięki bardzo niskie.

Wracając jednak do Scholla – płytę kupić musiałem, gdyż na nagranie Jaroussky’ego jeszcze przyjdzie mi poczekać (merlin.pl obiecuje, że będzie to gdzieś koło 15 lutego – zobaczymy, czy z obietnicy się wywiążą), a nie jestem już w stanie słuchać kiepskiej jakości nagrań z youtube’a, w dodatku przeskakując z okienka do okienka i włączając na nowo wciąż te same utwory. Tak więc uległem i kupił w zamian Scholla, który nie zawiódł mnie ani trochę.

Ciekawe jest jednak to, jak trafiłem na trop tego kontratenora (na trop Jaroussky’ego trafiłem dzięki cioci Wikipedi). Otóż okazuje się, że posiadam naturalny talent, specjalny dar, dzięki któremu wyczuwam kontratenorów (zresztą podejrzewam, że gdyby kiedykolwiek komukolwiek przyszło do głowy uczyć mnie śpiewu operowego, sam śpiewałbym tym głosem). Patrząc na okładki płyt z dużym prawdopodobieństwem jestem w stanie stwierdzić (nie czytając napisów), która zawiera nagranie kontratenora. Dziś, mając mało czasu na przeglądanie zawartości półek, znalazłem dwóch. Jednego zakupiłem, drugi niestety śpiewał do nieznośnej, organowej i dość dołującej niemieckiej muzyki, więc darowałem sobie. Czyż w tej sytuacji nie mają racji wszyscy, którzy mówią o mnie jako o człowieku o niezwykle dobrym i wyrafinowanym guście? :P Jest on przecie u mnie najwyraźniej wrodzony!

Na zakończenie próbka Scholla (niestety z youtube'a) oraz obietnica, że od jutra będę pisał mniej o operze, a więcej o kulinariach (obietnicy się bójcie, bo nawet nie wiecie, jakie straszne rzeczy dla was szykuję!).


Oficjalna strona Andreasa Scholla - tutaj.
muzyka

środa, 29 kwietnia 2009

W amoku: Lubię rzetelne dziennikarstwo, czyli raport GW o piratach w sieci


Na gazeta.pl artykuł o piractwie. Polacy podobno przodują w tym procederze (oczywiście w porównaniu z krajami Zachodu, nie z Ukrainą, Rosją...). Oczywiście pirat jest zły, przecież każde ściągnięcie np. filmu to strata dla wytwórni, która co prawda operuje miliardami dolarów, ale faktycznie to nie jest dobry argument.

Ja osobiście staram się nie ściągać nielegalnych plików. Dlatego też wydaję majątek na muzykę (nie ścigam choćby dlatego, że słucham głównie klasycznej i chcę mieć pewność, że wykonanie i jakość będą odpowiednie, więc ostatecznie muszę wyłożyć np. 79 zeta na trzypłytowe nagranie opery Haendla, ale do tego jeszcze wrócę), filmy i książki. Książek z racji rzeczy nie wyobrażam sobie ściągać z netu, bo po prostu nie znoszę czytać z kompa.

To co zdenerwowało mnie w artykule, to jak zwykle durne i jednostronne podejście do tematu. Oczywiście, piracenie nie jest dobre i zasobność naszego portfela jest marnym wytłumaczeniem. Ale mam kilka lepszych argumentów, nie tylko z pieniędzmi związanych.

1.
Powiedzmy to szczerze - jesteśmy w ciemnej dupie w porównaniu z Zachodem. Bo niby dlaczego interesujące mnie książki sprowadzam z USA lub GB, dlaczego dopiero teraz wydawane są u nas książki, które w Stanach można znane są od całych dziesięcioleci. Jak zwykle usłyszę na pewno żałosny argument, że my mieliśmy socjalizm i było nas źle, bo Rosja nas doiła i nic nie było wolno. Spoko... Tylko że socjalizm skończył się 20 lat temu, a my korzystając z nowej, cudownej demokracji i ukochanego kapitalizmu zamiast sensownie rozwijać rynek wydawniczy postanowiliśmy iść za głosem ludu i wydawać, już obecnie chyba wyłącznie, pamiętniki z wycieczki górskiej Jarka Kreta i zwierzenia seksualne Dody! Wybór przed jakim staje rozsądny czytelnik, który też chciałby czytać, to: czy wydać 120 zeta na 3 książki o Dodzie, Jarku Krecie i gadającym bananie, czy może sprowadzić coś sensownego z USA w ilości tomów 1. No i ja tak sprowadzam właśnie...

2. Lubię kupować filmy na DVD. Kolekcjonuję je, bo lubię do nich wracać. Jedno, czego nie mogę zrozumieć - czemu produkcja amerykańska, bez względu na treść, jakość i ilość korekty komputerowej, musi kosztować grubo ponad 40 zeta, a często nawet 60, gdy tymczasem świetne pozycje kina europejskiego można kupić po 10-14 zeta? Czy dziwi kogoś fakt, że zainteresowany woli zakupić za 12 zł „Biegnij Lola, biegnij!”, a „Elżbietę” ściągnąć z netu? Mnie to nie dziwi. Bo jak rozumiem, jeśli chcesz być uczciwy, stajesz przed wyborem wszystko albo nic: płacisz 60 zł albo nie oglądasz wcale.

3.
Kolejną sprawą są seriale. Osobiście mogę się dostosować do pory emisji, przetrwać reklamy itd. Tyle że wiele dobrych seriali w ogóle w naszym kraju nie jest dostępnych. Np. Nikita*, która była świetnym serialem, na DVD, a nawet na VHS, wcale u nas nie była wydana. Lub genialne Queer As Folk**. Można je sprowadzić ze stanów - przeważnie boks ze wszystkimi seriami kosztuje koło 400 zł - kogo na to stać. Oczywiście znowu: wszystko albo nic, nie masz kasy nie oglądasz.

Chodzi mi jednak o to, że jeśli oskarżamy wszystkich piratów o to, że są źli i zepsuci do szpiku kości, to ja chciałbym powiedzieć szczerze naszym drogim polskim wydawcom i dystrybutorom: dorośnijcie! Każdy zasłania się wskaźnikami ekonomicznymi tylko i absolutnie nikt nie jest zainteresowany zrobieniem czegoś po prostu porządnie. Wydaniem, że tak powiem, na czas (a nie po 20 latach) ambitnej pozycji czy sprowadzeniem koneserskiego filmu do kraju. A dodatkowo - Hollywood jak się boi piratów, to niech zacznie produkować tańsze, ale za to wypełnione treścią filmy, zamiast intelektualnej breji za ciężki miliony - wtedy DVD będzie kosztować 20 zeta, nie 40 i pójdę z przyjemnością kupić dwa!

Dziękuję za uwagę.
_______________________
* Najtańsza na dzień dzisiejszy znaleziona oferta Nikity, tylko sezonu pierwszego - 65 zł.
** Wszystkie sezony Queer As Folk - 330 zł.

wtorek, 30 czerwca 2009

Koniec amoku?


Zdałem sobie właśnie sprawę z tego, że nie mam nic ciekawego do powiedzenia. Niektórzy mogą się z tym nie zgodzić, ale serio - nie mam! To, co mogłoby zainteresować innych, mnie zgoła wcale nie ciekawi. To, co mnie interesuje, wszelako raczej nie zainteresuje ogółu.

Ponadto, nie mam czasu. Jest tak wiele rzeczy, które robię lub chciałbym zrobić, że doprawdy nie mam czasu pisać swoich wynurzeń jeszcze. Nie ciekawi mnie już chyba prowadzenie debat o tym, czy ma być tak, czy inaczej i która kolejka jest prawdziwszą, słuszną kolejką. Mam to generalnie gdzieś...

Nie chce mi się też czekać, co mądrego mogą mi inni napisać o tym, jak bardzo wyemancypowanym gejem mam być, bo nie chcę być jakoś ponad miarę wyemancypowany.

W tej chwili zajmują mnie generalnie dwie rzeczy. Pierwszą jest mój związek, więc moi współplemieńcy nawołujący do chodzenia za rękę i chodzenia na parady, i demonstrowania różnych rzeczy proszeni są o powstrzymanie się od nawoływań podobnych w moim kierunku. Są różne modele życia i ja próbuję właśnie mój uczynić spójnym, znośnym i satysfakcjonującym. O tym pisać więcej nie będę.

Drugą zajmującą mnie w tej chwili sprawą są moje studia. Więc jeśli ktoś z was jest zainteresowany procesem zmydlania tłuszczów w trakcie smażenie, przebiegiem fermentacji mlekowej lub sposobami oznaczania zawartości witaminy C w produktach spożywczych - chętnie coś mu o tym napiszę.

O innych rzeczach pisać mi się zwyczajnie nie chce. Przeto uznaję ten blog za zamknięty do odwołania (które nie wiadomo kiedy i czy w ogóle nastąpi).

Pozdrawiam wszystkich!

piątek, 3 kwietnia 2009

W amoku: Arystokrata w 5 minut



Przechadzałem się właśnie Nowym Światem i humor miałem wyborny. Czułem się już prawie jak lord Henry Wotton: dystyngowanym krokiem, pięknie ubrany spacerowałem wczesnym popołudniem w środku tygodnia jedną z ładniejszych ulic tego miasta. Jedyne, czego mi brakowało, to wejść do najbliższej kawiarni, gdzie oczywiście przebywaliby już moi znajomi, czekając aż przyłączę się do rozmowy, i zamówić wyborną, aromatyczną kawę oraz babeczkę Armaniego.

Wtedy, niespodziewanie, mój wzrok powędrował w bok na witrynę jednego ze sklepów. Wystawa ta zwróciła moją uwagę, gdyż była ładna, przemyślana i niezwykle stylowa. Na ascetycznym białym tle umieszczono jakby w zawieszeniu miniaturowe przezroczyste plastykowe krzesełka w stylu Ludwika XIV. Każde krzesełko miało inny kolor oparcia i na każdym umieszczony był inny rodzaj naboju kawowego do ekspresu Dolce Gusto. I właśnie to zestawienie poraziło mnie, wręcz zmroziło mi krew w żyłach.

Wystawa ewidentnie biła ekskluzywnością, wyrafinowaniem i stylem. Tak właśnie ma być postrzegany produkt, jakim jest Dolce Gusto. Tymczasem ja mam z tym duży problem. Dla mnie jednym z niezwykle istotnych elementów ekskluzywności jest ceremoniał i czas na niego potrzebny. Nie można jednocześnie wieść ekskluzywnego życia i nieustannie się spieszyć.

Jasne, współcześnie każdy się spieszy, ale to odróżnia prawdziwego arystokratę naszych czasów od wszystkich, którzy pod arystokrację podszyć się starają, że ma trochę czasu, który może poświęcić na relaks i na ceremoniał, np. związany z właściwym wypiciem kawy. Przy piciu kawy i herbaty w szczególności spieszyć się nie wolno. Wiedzą o tym japońscy biznesmeni, którzy potrafią ze swego zabieganego dnia wyrwać 4 godziny na odbycie rytuału picia herbaty. Nie potrafią tego natomiast Europejczycy. Naszym nuworyszom wystarczy, że wleją w swój przełyk szklankę wybornej kawy lub kielich najprzedniejszego wina, smaku nie czując wcale. Bo nie chodzi już o smak, o związane z piciem odczucia - chodzi tylko o to, aby pokazać, że nas stać. Wiadomo, że żyjesz pełnią życia, gdy w restauracji wykrzyczysz „Garcon! Dwie butelki najdroższego wina, ino chyżo!”. Potem szybko trzeba ten alkohol zdoić i biec dalej.

Dolce Gusto jest dla mnie symbole i ucieleśnieniem tej zakłamanej ekskluzywności. Drogie, piękne, niedostępne. A gdy w końce je posiądziesz, po prostu montujesz nabój w ekspresie, naciskasz guzik i kawa sama się robi - jaka tylko chcesz: espresso, latte, cappuccino. Wypijasz i idziesz do pracy. Cały rytuał sprowadzony do 5 min. Nie możesz powąchać najpierw suchej kawy, a potem zaparzonej. Nie dozujesz odpowiadającej ci ilości kawy czy mleka. Wszystko zależy tylko od wyboru koloru naboju. Nie potrafię po prostu pogodzić się z tym, że jakość i ekskluzywność mylone są z drożyzną. Bo ekskluzywna jest dla mnie Lavazza, którą co rano wsypuję do swojego ekspresu, własnoręcznie ubijam i parzę w takiej ilości wody, w jakiej chcę. I kto teraz będzie Krzysiem, Bisiem lub Szczęnisiem* - gość w dziurawych portkach, który ma czas i potrafi docenić (a także ocenić) to, co dobre, czy zabiegany nuworysz, bogaty biznesmen w drogim garniturze, którego nazwy nie potrafi nawet wymówić?

_____________________
* Krzyś, Biś i Szczeniś są bohaterami „Błękitnej krwi” Magdaleny Samozwaniec. Należą do zubożałej szlachty polskiej, a ich wyrafinowane gusta w nowym, niearystokratycznym świecie powodują wiele problemów.
kulinaria

piątek, 19 czerwca 2009

W amoku: Dobra korekta to 95% sukcesu!


Poza rzeźbieniem w gównie czasem pisuję też artykuły do pewnego, wydawanego na życzenie magazynu, którego nazwy tym razem nie wymienię. Zarówno ja, jak i moja redaktorka, mamy z tymi artykułami wiele problemów. Kiedyś na przykład osoba odpowiedzialna ze magazyn ze strony klienta, na moją rekomendację książki Sklepy cynamonowe, brzmiącą „tej książki chyba nikomu nie trzeba polecać”, powiedziała, że jak to nie trzeba, przecież nie każdy wie, co to za książka.

Tym razem jednak to pani sprawdzająca tekst, korektorka tzw., przeszła samą siebie. Napisałem tekst o herbacie i… dowiedziałem się, że zbyt często używam w nim słowa herbata. Jako przyszły inżynier policzyłem – faktycznie, na około 1820 słów artykułu aż sto to różne formy słowa herbata, co w przybliżeniu daje 5,5%. W porównaniu – w artykule o herbacie na Wikipedii użyto słowa herbata 5,75%. Czyli, że to trochę standard, że jak się pisze o herbacie, to słowo to zajmuje tak od 5 do 6% miejsca artykułu.

Niemniej jako były i niedoszły polonista muszę faktycznie powiedzieć, że to skandal, że jedno słowo pojawia się tak często. Przecie już w przedszkolu uczą, że trzeba synonimów używać.

Może z Worda:
  • podwieczorek,
  • herbatka,
  • kawa,
  • kawka,
  • bawarka,
  • herbata,
  • poczęstunek,
  • fajf.
No chyba jednak nie, choć słowo kawa wydaje się kuszącą alternatywą dla słowa herbata. jeszcze bardziej kuszącą alternatywą jest słowo herbata.

To może z głowy:
  • napar z liści drzewa herbacianego (występuje przymiotnik herbaciany – niedobrze),
  • napar charakteryzujący się zawartością taniny,
  • napar z tych liści,
  • często pity przez chińczyków napój (choć i to nie do końca dobre, bo ta pani sprawdzała w Internecie – ciekawe gdzie? – i dowiedziała się, że to wcale nie w Chinach herbata jest najpopularniejsza, tylko w Japonii i Indiach),
  • to, co parzymy w szklance,
  • napój z liści o brązowym zabarwieniu (herbata czarna),
  • napój z liści o barwie moczu (herbata zielona),
  • to takie coś, co się pije,
  • to, o czym jest artykuł,
  • ten-teges – sami wiecie.
Mam też inną propozycję: co drugie wystąpienie słowa herbata zamienię na napój, co trzecie – na podwieczorek, co czwarte na – kawa, a co piąte na wołowina. W ten sposób uzyskam następujący fragment:
Utlenianiu nie są poddawane liście (1) herbaty białej, zielonej, żółtej i Pu-erh. Wśród nich najważniejsze miejsce zajmuje zielony (2) napój. Nie tylko jest najpopularniejsza, ale wszystkie pozostałe można określić jako jego pochodne. Zielony (3) podwieczorek to po prostu szybko wysuszone listki. Suszenie musi odbywać się sprawnie, aby listki nie zdążyły zżółknąć. Czasami jednak pozwala im się na to – w ten sposób powstaje właśnie żółta (4) kawa. Różnica między zieloną a białą (5) wołowiną to przede wszystkim surowiec, z którego są produkowane.

Ostatnie zdanie daje nawet sens, choć moim zdaniem, różnica między białą a zieloną wołowiną to raczej czas przechowywanie, a nie surowiec. Niemnie, jak widać, różnorodność od razu przysłużyła się tekstowi. W końcu powinniśmy dążyć do wieloświatopoglądowego społeczeństwa, jak zwykła namawiać prof. Szyszkowska.

środa, 28 stycznia 2009

W amoku: Marnowanie czasu w pracy


Z rana lubię sobie poczytać Internet. Zrobiłem więc poranny przegląd blogów moich znajomy, i gdy stwierdziłem, że nie napisali póki co nic nowego i że wszystko już przeczytałem, stwierdziłem, że może zajrzę na gazeta.pl. Do tej pory dziwiłem się, czemu niektórzy tak bardzo ekscytują się zamieszczanymi tam artykułami – jak tych artykułów po prostu nie czytuję i dzięki temu nie ekscytuję się nimi.

W każdym razie ze względu, że jeszcze jadłem śniadanie, postanowiłem zajrzeć i coś przeczytać. Spuściłem zasłonę milczenia na reportaże w stylu brukowym i poszukałem wzrokiem czegoś ciekawszego. Mój wzrok zahaczył o artykuł pod wymownym tytułem Marnowanie czasu w pracy. Autor artykułu pokazuje, ile czasu marnujemy przez psujący się sprzęt biurowy, który pożarł nam właśnie list do klienta, oraz nierzetelnych kontrahentów, którzy spóźniają się na umówione spotkania i trzeba na nich czekać. A już najgorzej, jak musimy na kogoś czekać poza miejscem naszej pracy – wtedy nie pozostaje nam nic innego jak (o zgrozo!) czytać w tym czasie gazetę lub książkę. Co skandaliczny sposób na marnowanie czasu w pracy – zamiast robić kolejną tabelkę z wyliczeniami w Excelu lub jedno z niezwykle przydatnych zestawień czegoś tam, albo po prostu pisać raport o sprawach, których natychmiastowe zaraportowanie stanowi priorytet światowej polityki gospodarowania wodami, my po prostu siedzimy przy kawie, rozpoczynając lekturę kolejnego rozdziału Magdaleny Samozwaniec.

W artykule najbardziej podobał mi się fragment:
Mogłoby się wydawać, że to problem błahy, przecież zresetowanie komputera to tylko chwilka. Sprawdziłem. Efekt: 7 minut i 28 sekund, by ponownie otworzyć plik z tym tekstem. I tak mam szczęście, bo koledzy z działu sprzedaży muszą jeszcze kilka minut logować się do programu z bazą danych. Załóżmy, że tracą na to 15 minut dwa razy dziennie (zdarza się), to już jest 6 godzin miesięcznie. Doliczając do tego przerwy, wyjścia do łazienki itp., okazuje się, że co miesiąc wypada cały dzień pracy! A to przykład pierwszy z brzegu, bo inni tracą jeszcze więcej czasu.

Wyobraźcie sobie! Sześć godzin miesięcznie na restartowanie komputera + przerwy na sikanie i herbatę! To przecież będzie ze 12 godzin łącznie, a że miesiąc ma średnio 160 godzin, które należy przepracować, to jak się odejmie te 12, to już właściwie nic nie zostaje.

Widziałem już w swoim (w sumie) niezbyt długim życiu dziesiątki artykułów, w których wylicza się, ile czasu marnujemy na siusiu, na herbatę, na rozpisanie długopisu i na oddychanie. Liczby jasno wskazują, że gdyby człowiek będąc w pracy koncentrował się na pracy, zamiast zajmować tak nieistotnymi kwestiami jak potrzeby fizjologiczne, efektywność wzrosłaby o kilkadziesiąt procent. Wtedy życie nabrałoby jeszcze większego tempa i postanowiono by, że dzień pracy powinien trwać 12 h nie 8, bo skoro udało nam się tak bardzo zwiększyć efektywność w ciągu 8-godzinnego dnia pracy, jak niezwykła będzie nasza efektywność w ciągu dnia 12-godzinnego!

Tak serio – bardzo bym chciał, żeby ktoś w końcu temat potraktował poważnie. Chciałbym, żeby w końcu na którymś z ogólnopolskich portali pojawił się tekst nie o tym, ile czasu marnujemy w pracy, ale ile czasu praca marnuje nam. Moje wyliczenia są bardzo proste: 8 godzin dziennie + dojazd, czyli od 0,5 h nawet do 2 h w jedną stronę. Przyjmując średnią, mamy 10 godzin dziennie przez 5 dni w tygodniu przez 4 tygodnie = 200 godzin miesięcznie.

Żyję w błogiej nadziei, że coraz więcej ludzi oczekuje od życia jednak czegoś więcej niż analizowanie sprzedaży hot-dogów na stacji benzynowej i wyciąganie z analizy wniosków na temat tego, jak ową sprzedaż podnieść. Mam nadzieję, że coraz więcej ludzi chce czegoś konkretnego i istotnego, a nie wiedzy o tym, jak wcisnąć komuś kolejną tubkę bezużytecznego kremu lub w jaki sposób przekonać go, że potrzebuje tego, czego wcale nie potrzebuje.

Obawiam się jednak, że są to tylko moje rojenia. poczytalnia

czwartek, 26 marca 2009

W amoku: Zabawy przestrzenne


Jak wiedzą niektórzy, naszło mnie ostatnio na dywagacje o absolucie. Postawiłem przed sobą następujący problem: co zrobiłaby osoba, która zyskałaby władzę i wiedzę absolutną? Myśl o tym napawa mnie przerażeniem, ale ze względu, że osiągnięcie tego poziomu wiedzy jest zasadniczo niemożliwe, jestem spokojniejszy. Teraz mogę dalej zająć się zgłębianiem różnych tajemnic naszego świata. Muszę przyznać, że w stosunku do niesamowicie skomplikowanej struktury naszego świata, dążenie człowieka do dokonywania coraz to nowych odkryć jest urocze. Przy tym cieszy mnie ludzka fantazja i nieposkromiona wyobraźnia, z jaką jako gatunek potrafimy podchodzić do otaczającej nas rzeczywistości. Często jesteśmy świadkami, jak niektórzy domorośli filozofowie i naukowcy próbują rozdzielać to, co daje się poznać zmysłowo, od tego, co poznawalne nie jest, a więc obiektywnie nie istnieje. Tymczasem śmiem twierdzić, że niemożność poznania i doświadczenia niektórych rzeczy wynika li tylko z tego, że jeszcze nie udało nam się osiągnąć odpowiedniego poziomu rozwoju, tymczasem rzeczy te istnieją, a przynajmniej mogłyby istnieć. Na pewno sto lat temu nikt nawet nie śnił o energii termojądrowej, o rozgrzanej do kilku milionów stopni plaźmie zawieszonej w polu magnetycznym.

W każdym razie całe to rozważania zaprowadziły mnie ponownie, do tematu, nad którym się zastanawiałem już wcześniej: przestrzeni i wymiarów. Osobiście jako prosty człowiek wierzę, że istnieją 3 wymiary, a jak się jest filozofem, to można do nich dodać czwarty, którym jest czas.
Jednak wiele osób doszło do wniosku, że tak nie jest. Tak też powstała koncepcja kolejnych wymiarów: czwartego, piątego itd. Czym są te wymiary, jak wyglądają - jest dla mnie niepojętym. Jednak podziwiam wyobraźnię i kreatywność tych osób. Oczywiście, że jestem bardzo kiepściutkim matematykiem, mogę wyobrażać sobie czterowymiarowe figury tylko jak niewiele lepszy filozof i artysta. Przemawia do mnie natomiast koncepcja hipersześcianu - czyli czterowymiarowego sześcianu. Posiada on nie tylko wysokość, szerokość i długość, ale też wymiar czwarty. Jak wygląda taki hipersześcian - nie wiem. Mój mózg nie potrafi wyrwać się poza trójwymiarową przestrzeń. Powiedzieć mogę o nim tylko, że o ile siatka zwykłego sześcianu zbudowana jest z 6 kwadratów, o tyle siatka hipersześcianu składa się z 8 sześcianów. Siatki tej użył na swoim obrazie Salvador Dali - myślę, że tak jak sama idea wielowymiarowości świata, obraz Dalego zbliża się do absolutu. Jest elementem zagadki, której rozwiązanie pozwala dostąpić całkowitego poznania. Niestety, już tylko ten jeden obraz Dalego jest dla mnie niejasny, nieprzenikalny. Cecha to chyba prawdziwie dobrej sztuki - fascynuje, ale nie da się po prostu opowiedzieć, co dokładnie przedstawia, jakie emocje wywołuje. Patrząc na Corpus Hipercubus, nie mogę stwierdzić, co dokładnie się na nim dzieje, opisać, jakie emocje odczuwam (poza zachwytem) w trakcie oglądania oraz wyjaśnić, czemu muszę na niego patrzeć.


PS. Myślenie przestrzeni, zabawy nią w połączeniu z pewną elastycznością umysłu dają czasem także rewelacyjne efekty rozrywkowe. Jak np. taka gra:


levelHead v1.0, 3 cube speed-run (spoiler!) from Julian Oliver on Vimeo.

Jest ona zdaje się XXI-wieczną kontynuacją gry, w której w plastykowym sześcianie mieliśmy wiele poziomów labiryntów, przez które należało przeprowadzić metalową kulkę. Ta gra wymaga jednak dużo większego zaangażowania wyobraźni, lepszego pojęcia przestrzeni i większej elastyczności. Mam nadzieję, ze kolejnym poziomem będzie gra, w której sześcienna przestrzeń będzie samoistnie i spontanicznie mutować w trakcie rozgrywki.

sobota, 20 czerwca 2009

W amoku: Objawy fiksacji


Jestem przemęczony! To ciekawe, bo w sumie moja praca nie jest ciężka. Najwyraźniej jednak nadmiernie frustrująca.

We czwartek miałem załamanie nerwowe. W pracy dostałem szczękościsku, a po wyjściu – awersji do ludzi. Z metra musiałem wysiąść na Wierzbnie (moje stacje to Imielin lub Natolin), bo dwie stacje wcześniej usiadł koło mnie 240 kilowy pan z wielkim kartonem, który postawił sobie między swoimi serdelowymi nogami. Oczywiście pan ten powinien zajmować 3 miejsca, nie 1, więc wbił mnie w barierkę ograniczającą siedzenia. Nie dałem rady i wysiadłem.

Po wyjściu poszedłem wyjąć pieniądze z bankomatu, ale okazało się że na Wierzbnie nie ma ani Euronetu, ani CashForYou. Wyszedłem więc ze stacji i udałem się na piechotę w kierunku Wilanowskiej. Pod koniec drogi trafiłem na przystanek 505, który już do mnie nie jeździ, choć przez 25 lat jeździł, ale można nim dojechać do metra Stokłosy. Wsiadłem, ale to nie był dobry pomysł. Wewnątrz śmierdziało starym obiadem, bo jakaś para wiozła sobie chińczyka.

Zgrzytając zębami wytrzymałem i dojechałem do Stokłos, gdzie chciałem wyjąć pieniądze. Po wykonaniu całej operacji bankomat zaczął stękać i po minucie wypluł kwitek informujący mnie, że podajnik pieniędzy jest zepsuty i moich 50 zł nie dostanę (na szczęście moje konto nie zostało obciążone).

Oddychałem głęboko. Nie wiedziałem już, czy się popłakać, czy stracić przytomność. Dotarłem jednak na Natolin, gdzie bankomat na szczęście działał. Niestety sklep, z którego postanowiłem skorzystać, okazał się sklepem dla upośledzonych i każda osoba, która stała przede mną płaciła za swoje zakupy jedno-, dwu- i pięciogroszówkami, co jak się domyślacie trwało cała lata świetlne. Zacząłem się zastanawiać, czy nie zostałem bez mojej wiedzy poddany jakiemuś eksperymentowi…

Przejdźmy jednak do rzeczy ciekawszych…

* * *

Dziś śniło mi się, że wygrałem konkurs w Empiku. Nagroda polegała na tym, że ja i moja rodzina mieliśmy rozkręcić firmę organizującą przyjęcia. Wstępne szkolenie mieliśmy mieć z… Beatą Tyszkiewicz! Przyszła ona ubrana do nas w kolorową spódnicę na fiszbinach w kształcie stołka. Spódnica była umocowana na niej na skos, więc wyglądało to trochę jak jeden ze strojów z Piątego Elementu Bessona. Miała też klatkę na głowie. Przeżyliśmy to jednak.

W drugim etapie, aby wyrobić sobie markę, mieliśmy urządzić przyjęcie dla znanej osoby. Znaną osobą była Paris Hilton, która przyjechała do nas ze swoim pieskiem. Piesek był jednak przefarbowany na ciemno, a Paris, jak się okazało, świetnie mówi po polsku, a słabo po angielsku, więc nie chciała z nami rozmawiać w tym języku, co sprawiło mi zawód. Wybieraliśmy wspólnie Paris kolory zaproszeń i inne takie – mieliśmy nawet specjalne koperty z próbkami kolorów.

Najgorsze jest to, że po przebudzeniu zacząłem się zastanawiać, co by się stało, gdyby Paris zachciało się siku. A my mamy taką niewyremontowaną łazienkę!!

* * *

Dziękuje Państwu za uwagę. Mam nadzieję, że nie zanudziłem was swoimi zwierzeniami. Obiecuję, że wyzewnętrzniania się na razie już nie będzie. Pozdrawiam!

wtorek, 26 maja 2009

W amoku: Filozofia diety


Zawsze silnie potrzebuję zewnętrznej motywacji, aby coś napisać. Dziś silnie pobudziły mnie wczorajsze dobre wieści od Synafii. Przytoczyła ona bowiem silny argument logiczny Zenona z Elei - że nic nie może być jednocześnie takie i inne. Udowodniła tym samym, że starość i młodość nie istnieją.

Ja jednak chciałbym wykazać coś skrajnie innego. Otóż w końcu mam argument dla tych wszystkich dziwny ludzi - wegetarian, wegan i innych dietozależnych ortorektyków oraz osób idących na łatwiznę lub mających ochotę jeść coś, co im nie smakuje, w formie zmodyfikowanej do gustu.

Rozpatrzmy kilka przykładów:
  1. schabowy z soi,
  2. smalec z soi,
  3. śledź a la łosoś,
  4. mintaj a la łosoś,
  5. kawior z marchewki,
  6. nóżki z kurczaka
itd., itp.

Moi drodzy, nie istniej coś takiego, jak schabowy z soi, bo nic nie może być jednocześnie schabem i soją. Nie istniej też śledź a la łosoś, bo nie istniej nic, co jest jednocześnie śledziem i łososiem. Nie istnieje też kawior z marchewki, bo nic nie może być jednocześnie kawiorem i marchewką. I nie chodzi mi wcale oto, że produkty te są imitacją czegoś innego. One po prostu obiektywnie nie istnieją - nie ma ich. Są to więc w sumie najbardziej dietetyczne produkty świata, ponieważ nie można ich zjeść (to chyba jasne, że nie da się zjeść czegoś, czego nie ma).

Kiedy więc następnym razem zobaczycie na swoim talerzu mintaja a la łosoś posypanego kawiorem z marchewki, a na drugie dostaniecie schabowego z soi - bądźcie ze sobą szczerzy - macie zwidy! Jedzenie, które wam podano, nie istnieje, a restauracja jest niegodna waszego zachodu, bo kpi sobie jeno z klientów.

شكراًَ (shukran)

czwartek, 29 stycznia 2009

W amoku: Duch Magdaleny ocalał!


Śpieszę, by donieść, że duch naszej szacownej patronki ocalał w całej okazałości. Co najdziwniejsze zawitał do Anglii niebawem po śmierci jego właścicielki.

Otóż dowiedziałem się właśnie, że pewna dama, baronowa zresztą (z wykształcenia lekarka, ale o wykształceniu baronowych nie wypada mówić), w 1974 roku wymyśliła nową chorobę. Razem z mężem przeczytali wtedy na łamach British Medical Journal list pewnego lekarza na temat choroby zwanej „sutkiem gitarzysty”. Uznali, że musi to być żart i odpowiedziała na niego kolejnym – wysłali do magazynu list na temat przypadłości spotykającej wiolonczelistów, którą ochrzcili „moszną wiolonczelisty”. Dla lepszego efektu pod listem podpisał się mąż pani baronowej, który stosownego wykształcenia lekarskiego nigdy nie odebrał. List opublikowano, a historia okazała się na tyle „wiarygodna”, że mosznę wiolonczelisty wspomniano ostatnio w poważnym artykule dotyczącym schorzeń muzyków, opublikowanym zresztą na łamach tego samego szacownego magazynu. Czytając ten artykuł, pani baronowa postanowiła przyznać się, że moszna wiolonczelisty była żartem.
Jak mówi pani baronowa:
każdy, kto kiedykolwiek widział grę na wiolonczeli, wie, że to co opisaliśmy
jest fizyczną niemożliwością.
Na zakończenie: nie wiem właściwie, czy cieszyć się, że na świecie nadal żyją pomysłowi ludzie z poczuciem humoru i dobrymi pomysłami, czy martwić się, że współcześni lekarze są totalnymi ciulami.

Pełen artykuł można znaleźć na Onet.pl.

Aktualizacja (04.02.2009): Okazuje się, że sam list dotyczący moszny wiolonczelisty nie był niczym niezwykłym. Stwierdzono w nim po prostu, że długa gra na wiolonczeli może skutkować podrażnieniem moszny grającego. Oryginalna treść listu dostępna jest tutaj.
muzyka

czwartek, 22 stycznia 2009

W amoku: Smakosz polski


W amok wpadam, gdy przeglądam w sieci witryny poświęcone tzw. artykułom luksusowym. Ja wiem, w naszym kraju pod pojęciem artykułów luksusowych nadal rozumie się to, co ma odpowiednią markę i bardzo dużo kosztuje. Jak coś jest tańsze, to z całą pewnością nie może być luksusowe - bo kto to słyszał, żeby ubranie warte grosze było godne noszenia albo żeby godziło się używać w kuchni tarkę, która kosztuje mniej niż 200 zł (jak kosztuje mniej, to albo jest do bani, albo nie jest tarką).

Witryny takie jak www.luxlux.pl czy koneser.interia.pl prezentują dużo mody i często tej „dobrej” mody, bo zgadzam się, że moda wielkich projektantów raczej ma inspirować, niż być czymś praktycznym, ale niestety żadnemu z serwisów nie udało się stworzyć godziwego działu z kulinariami. Otóż luksusowe kulinaria w naszym kraju to przede wszystkim jakieś dziwaczne przekąski, które ze smakoszostwem nie mają zbyt wiele wspólnego. Liczy się marka stosownie wyeksponowana na pięknym opakowaniu oraz właściwa cena. Rzeczywiste walory smakowe czy choćby kwestia dostępności podobnych jakościowo i smakowo produktów w niższej cenie - nie mają najmniejszego znaczenia. Dziwi mnie to tym bardziej, że o ile przeciętny Polak może zapoznać się z najnowszymi kolekcjami z paryskich wybiegów, a potem to przetworzyć na street fashion w szmateksie, Reserved czy H&M, o tyle nie bardzo wiem, co miałby zrobić z informacjami o limitowanej edycji czekoladek dostępnych wyłącznie w Belgii albo o specjalnym syropie owocowym, który, mając międzynarodową kartę kredytową, można zamówić ze Stanów za jedyne 150 dolarów od półlitrowej butelki. Alternatyw się nie prezentuje, a osoba słabo zorientowana w rynku sama ich nie znajdzie. Pomijam już fakt, że spożywanie czegokolwiek wyłącznie dla widniejącej na opakowaniu etykiety jest wielką pomyłką.

Oddzielną kwestią jest to, że już naprawdę dostaję palpitacji mózgu (i to częstych), gdy, jak na wymienionym już portalu Koneser, w galerii pod nazwą Smakosz znajduję reportaże o:

Czy naprawdę te właśnie tematy są głównym polem zainteresowania ludzi, którzy szukają informacji o luksusowym jedzeniu? Czy może raczej chodzi o pokazanie folkloru, na który nas i tak nie będzie stać, ale wieczorami przed snem możemy pomarzyć, że może kiedyś zażyjemy kąpieli w winie sygnowanym króliczkami Playboy razem z Claudią Schiffer? Doprawdy nie wiem, komu w ogóle potrzebne są te fotonewsy. Mnie nie są... Jak ze wszystkim okazuje się, że jeśli chcesz mieć jakość na poziomie, to sam musisz ją sobie stworzyć.

(Powyżej zaprezentowano zdjęcie z jednej z nielicznych udanych galerii serwisu Koneser.)
kulinaria poczytalnia

wtorek, 12 maja 2009

W amoku: Komunie, komunie...


Zaczynam już rozumieć ideę komunii. Za moich czasów było tak, że po prostu rodzice/rodzina kazała dziecku przystępować do komunii, a że się było małym, to człowiek się nawet za bardzo nie sprzeciwiał, a całe wydarzenie było nawet sympatyczne, odbywało się na wiosnę, kiedy było już ciepło i można było pobiegać w eleganckich ciuszkach przed kościołem. Dostawało się prezenty, owszem, ale tego akurat jakoś najbardziej nie wspominam. Ja dostałem BMX-a, one były wtedy na topie. Zresztą nie licytowaliśmy się ze znajomymi, kto dostał lepszy prezent, ale może tylko my byliśmy dziwni!

Teraz jednak komunia naprawdę ma sens - bo oczywiście według mnie przymuszanie dziecka do tego, żeby jakieś sakramenty, w których zresztą nie bardzo wie, o co tak naprawdę chodzi, przyjmował, jest idiotyczne. Dlatego ostatecznie postanowiono zadbać o to, aby w komunii chodziło przede wszystkim jednak o prezenty.

Rower może być oczywiście, ale są prezenty lepsze. (Mój BMX nie był drogi i był zupełnie zwykły - teraz dzieci są specjalistami od amortyzatorów i przerzutek i muszą mieć rower za kilka tysięcy oczywiście.) Otóż można kupić dziecku MacBooka za kilka tysięcy (potem chyba trzeba będzie kupować droższe od zwyczajnych gry komputerowe dedykowane na Mac OS, ale może się mylę, specjalistą nie jestem). Ja miałem Commodore 64 i to było wydarzenia - granie na tym było świętem, bo trzeba było pod TV podłączyć i w ogóle wiele rzeczy rytualnych zrobić, żeby zagrać.

Odpowiednim prezentem jest też skuter bądź... quad! O kupowaniu dzieciom quadów pisała już Synafia, ale jeszcze przypomnę. Otóż quady są bezpieczniejsze od rowerów, bo mają cztery koła, a nie dwa, są lepsze od koni, bo nie zrzucają, jeśli są w złym nastroju, są też lepsze od chodzenia na piechotę, bo się rozwija większą prędkość - nawet do 65 km/h. I teraz wyobraźmy to sobie: 7-latek pędzący wokół bloku na quadzie 65 km/h, przegania swoich kolegów jadących na rowerach i krzyczy: „Eee! Cienkie cipki!”.

Tak więc, jak widać, w komunii chodzi o duży rodzinny bankiet w luksusowej restauracji oraz o skutery i quady. Czekam z niecierpliwością, kiedy na komunię będzie się dostawać mieszkanie, samochód i ciepłą posadkę w międzynarodowej firmie (talon ważny po ukończeniu 18 roku życia).

I jeszcze załącznik:

wtorek, 21 kwietnia 2009

W amoku: Między łóżkiem a bezkresem wszechświata


Jeden z moich znajomych opisał ostatnio piękną scenkę autobusową. Podobała mi się one szczególnie dlatego, że wykazał się dostateczną trzeźwością umysłu, aby wydać na świat ciętą ripostę. Ja niestety podzielam schorzenie wielu osób i pod względem ciętych ripost jestem l’homme d’escalier, czyli riposta przychodzi mi do głowy już po wszystkim. Jest mi jednocześnie żal i wstyd, bo niektórzy naprawdę zasługują, by kilka dobrze dobranych słów usłyszeć.

Nawiązuje do tego, aby moim całkiem nowym zwyczajem przejść do czegoś zgoła innego. Otóż ten sam znajomy od notki autobusowej, dla potrzeb tego tekstu nazwijmy go Pięknozadym, w innej swojej notce, a może nawet w kilku lub kilkunastu notkach (cytatów nie będę szukać, wszak jestem św. Tomaszem, patronem gnuśnych), wspomina o kwestii „otwartego bycia gejem”. Przejawia się to m.in. w trzymaniu swojego partnera za rękę na ulicy, w całowaniu w miejscach publicznych itd. Oczywiście, ktoś bardziej w całej kwestii obeznany, mógłby powiedzieć: Pięknozady siedział przecież w Holandii tyle czasu i holenderska rozwiązłość mu uderza na zmysły. Porzućmy jednak tę ścieżkę rozumowania. Interesuje mnie raczej różnica podejścia światopoglądowego między Pięknozadym a mną. Otóż zgadzam się, że w sumie powinno się móc swobodnie okazywać uczucia swojemu partnerowi gdzie tylko się chce (choć nie za bardzo swobodnie, bo jako człowiek o stanowczych obyczajach, nie mogę zdzierżyć robienia ślimaka, czy to para homo czy hetero!). Jednak z czym się zgodzić nie mogę, a raczej co mnie w ogóle nie interesuje, to omawianie kwestii mojej orientacji. Zdarza się czasem, że osoba nowopoznana pyta: A kiedy się zorientowałeś, że jesteś gejem? Odpowiedź: A kiedy ty się zorientowałeś, że jesteś hetero? Pytanie: Czy twoi rodzice wiedzą, że jesteś gejem? Odpowiedź: A twoi wiedzą, że jesteś hetero? No i moje ulubione z serii pytań: Czy ciężko było się ujawnić? Odpowiedź: Przejdźmy do kolejnego zagadnienia: nie sądzisz, że wiosna w tym roku dopisała?

Znajdowałem się kiedyś w stanie, że tak powiem, wzmożonej świadomości gejowskiej. Na szczęście mi przeszło i jakkolwiek uważam, że kwestie związane z emancypacją homoseksualistów są niezwykle ważne, tak uważam też, że istnieją alternatywne, ciekawsze tematy dyskusji. Kilka lat temu z lubością odpowiadałem na wszelkie pytania dotyczące mojej orientacji, jednak szybko zdałem sobie sprawę, że nie jestem jednym z tych ludzi, którzy muszą się tym przejmować. Są osoby, które potrzebują i piszą na tematy związane ze społeczeństwem LGBT. Ja takiej potrzeby w ogóle nie odczuwam i jest mi z tym dobrze. Jeśli przyłapiecie mnie na oglądaniu aktów męskich, to nie mówcie: Wiedziałem, że cię to kręci. To banał – akty męskie kręcą mnie w tym samym stopniu co dadaizm, kubizm i XVI-wieczna aktywność artystyczna Arcimboldiego. Gdzieś po linkach z bloga Pięknozadego dokopałem się do tekstu o homoseksualnych konotacjach twórczości Henry’ego Jamesa i jako zdeklarowany homoseksualista muszę powiedzieć, że nie mam najmniejszej ochoty tych wątków w twórczości owego się doszukiwać.

Całe to przedstawienie wynika z dyskusji, jakiej ostatnio ze sobą nie przeprowadziliśmy (gdyż odbyła się ona za pośrednictwem Synafii, która relacjonowała Pięknozademu moje słowa, a mnie – jego). Dowiedziałem się, że Pięknozady nie rości żadnych pretensji do jakiejkolwiek wiedzy o istocie Boga lub wszechświata (owego lub nie mam ochoty teraz tłumaczyć, pozostawiam to na inną notkę). I faktycznie – nic na jego blogu nie wskazuje na takie zainteresowanie. Wszystko natomiast na duże zaangażowanie tzw. kwestią gejowską. Tymczasem ja, tak jak nie interesuje się szczególnie polityką, bo to trochę strata czasu, tak też nie interesuję się kwestią gejowską. Gejem po prostu się jest albo nie. I nie jest związane ze stopniem emancypacji to, że nie rozmawiam o swojej orientacji, nie chodzę z moim chłopakiem za rękę po ulicy, ani nie całuję go pod kolumną Zygmunta. Jeżeli ktoś chce ze mną rozmawiać o moim gejostwie, to jest to po prostu niepoważna rozmowa, na którą szkoda mi śliny. Co do chodzenia za rękę i innych form obłapiania, to w ogóle za nimi nie przepadam, bo jeśli mi na kimś zależy, to ta osoba o tym na pewno wie, a reszta świata wiedzieć nie musi. Chcesz opowiadać wszystkim z kim sypiasz – zostań tzw. gwiazdą, najlepiej telenoweli.

Nie jest to w żadnym sensie krytyka tego, czym zajmuje się Pięknozady, bo jego bloga czytam zawsze z zaciekawieniem. Uważam jednak, że myli się nieco w podejmowanym od czasu do czasu nawoływaniu, aby gejem być otwarcie. W końcu jeżeli zajmuję się teorią kwantową albo teorią małpy wodnej, to kogo u licha obchodzi, z kim sypiam. Wszak najwyższym stopniem emancypacji jest to, że ty nie tatuujesz sobie na czole, a inni nie wypytują natrętnie. Każdy żyje jak uważa i nie ma po co pod kołdrę zaglądać.

Doceniając więc różnorodność myśli i wieloświatopoglądowość, stwierdzam na koniec: Pięknozadego cechuje indyferentyzm w dziedzinie poznania Boga lub wszechświata, mnie natomiast to samo schorzenie w dziedzinie życia gejowskiego (choć np. niezwykle wysoko cenię wytwory campu).

Wszelka dyskusja i wynikające z niej konieczności sprostowania powyższego tekstu mile widziane. Blog jest niestety narzędziem często wymagającym porzucenia rzetelnej analizy, dlatego tekst ten może niesłusznie przypisywać pewne przekonania i postawy innym. Wyraża natomiast moją opinię na temat.


PS. Napisać o tym postanowiłem także dlatego, że zauważyłem, że wymaganie jawnego prezentowania swojej orientacji jest częstym błędem środowiska gejowskiego, które nigdy nie może wyjść ze zdziwienia, że jakiś twórca, pisarz, malarz, inny artysta, który jest gejem, nie podejmuje w swojej twórczości bezpośrednio tematyki gejowskiej. Podejście takie i presja, jaką wywiera to na twórców, owocuje powstaniem np. ogromnej ilości bardzo marnej literatury gejowskiej.