sobota, 20 czerwca 2009

W amoku: Objawy fiksacji


Jestem przemęczony! To ciekawe, bo w sumie moja praca nie jest ciężka. Najwyraźniej jednak nadmiernie frustrująca.

We czwartek miałem załamanie nerwowe. W pracy dostałem szczękościsku, a po wyjściu – awersji do ludzi. Z metra musiałem wysiąść na Wierzbnie (moje stacje to Imielin lub Natolin), bo dwie stacje wcześniej usiadł koło mnie 240 kilowy pan z wielkim kartonem, który postawił sobie między swoimi serdelowymi nogami. Oczywiście pan ten powinien zajmować 3 miejsca, nie 1, więc wbił mnie w barierkę ograniczającą siedzenia. Nie dałem rady i wysiadłem.

Po wyjściu poszedłem wyjąć pieniądze z bankomatu, ale okazało się że na Wierzbnie nie ma ani Euronetu, ani CashForYou. Wyszedłem więc ze stacji i udałem się na piechotę w kierunku Wilanowskiej. Pod koniec drogi trafiłem na przystanek 505, który już do mnie nie jeździ, choć przez 25 lat jeździł, ale można nim dojechać do metra Stokłosy. Wsiadłem, ale to nie był dobry pomysł. Wewnątrz śmierdziało starym obiadem, bo jakaś para wiozła sobie chińczyka.

Zgrzytając zębami wytrzymałem i dojechałem do Stokłos, gdzie chciałem wyjąć pieniądze. Po wykonaniu całej operacji bankomat zaczął stękać i po minucie wypluł kwitek informujący mnie, że podajnik pieniędzy jest zepsuty i moich 50 zł nie dostanę (na szczęście moje konto nie zostało obciążone).

Oddychałem głęboko. Nie wiedziałem już, czy się popłakać, czy stracić przytomność. Dotarłem jednak na Natolin, gdzie bankomat na szczęście działał. Niestety sklep, z którego postanowiłem skorzystać, okazał się sklepem dla upośledzonych i każda osoba, która stała przede mną płaciła za swoje zakupy jedno-, dwu- i pięciogroszówkami, co jak się domyślacie trwało cała lata świetlne. Zacząłem się zastanawiać, czy nie zostałem bez mojej wiedzy poddany jakiemuś eksperymentowi…

Przejdźmy jednak do rzeczy ciekawszych…

* * *

Dziś śniło mi się, że wygrałem konkurs w Empiku. Nagroda polegała na tym, że ja i moja rodzina mieliśmy rozkręcić firmę organizującą przyjęcia. Wstępne szkolenie mieliśmy mieć z… Beatą Tyszkiewicz! Przyszła ona ubrana do nas w kolorową spódnicę na fiszbinach w kształcie stołka. Spódnica była umocowana na niej na skos, więc wyglądało to trochę jak jeden ze strojów z Piątego Elementu Bessona. Miała też klatkę na głowie. Przeżyliśmy to jednak.

W drugim etapie, aby wyrobić sobie markę, mieliśmy urządzić przyjęcie dla znanej osoby. Znaną osobą była Paris Hilton, która przyjechała do nas ze swoim pieskiem. Piesek był jednak przefarbowany na ciemno, a Paris, jak się okazało, świetnie mówi po polsku, a słabo po angielsku, więc nie chciała z nami rozmawiać w tym języku, co sprawiło mi zawód. Wybieraliśmy wspólnie Paris kolory zaproszeń i inne takie – mieliśmy nawet specjalne koperty z próbkami kolorów.

Najgorsze jest to, że po przebudzeniu zacząłem się zastanawiać, co by się stało, gdyby Paris zachciało się siku. A my mamy taką niewyremontowaną łazienkę!!

* * *

Dziękuje Państwu za uwagę. Mam nadzieję, że nie zanudziłem was swoimi zwierzeniami. Obiecuję, że wyzewnętrzniania się na razie już nie będzie. Pozdrawiam!

6 komentarzy:

dahoovka pisze...

hmm.. na pewno wysiadłeś na Wierzbnie? Bo tam Cash4You jak najbardziej funkcjonuje, ukryty między kioskiem a automatem biletowym, przy wyjściu w stronę Wilanowskiej....

Tomasz pisze...

dobrze wiedzieć - ja wychodziłem na Woronicza, ale to chyba ta sama strona, nie wiem już. Może po prostu byłem tak koszmarnie zdenerwowany, że nie zauważyłem...

synafia pisze...

O matko, ale ta Beata Tyszkiewicz, jak ja bym chciała ją zobaczyć w Twojej wersji! Jaką klatkę miała na głowie? Taką jak klatka kanarka? I czy jej głowa była w klatce, czy też klatka pełniła funkcję kapelusza?

To piękny sen! To się śni Tyszkiewicz, a mnie Drotkiewicz - gdzie tu sprawiedliwość, ehh...

Tomasz pisze...

miała, rzecz jasna, głowę w klatce. Klatka była koloru czarnego, wszystko zresztą było mroczne i trochę jak z Greenawaya lub Pasoliniego (szczególnie z tego drugiego).

synafia pisze...

Jestem zachwycona! Żałuję bardzo, że nie mam talentu plastycznego, bo taką wizje trzeba by uwiecznić. Ale jakbym ja się do tego zabrało, wyszłaby kupa. Może Małżonek mój mógłby taką Tyszkiewicz w klatce zrobić?

Luca pisze...

Powiem Ci, że w takie chujowe dni ja także zastanawiam się, czy zacząć krzyczeć, czy może spektakularnie zemdleć. Niestety nie mam talentu do żadnej z tych rzeczy, więc tylko zaciskam zęby i marzę o tym, by pewnego dnia odkryc w sobie nadlucką (od słowa "Luca")siłę mięśni i zacząć wypychac ludzi z autobusu. Tak po prostu, wypychac ich po kolei, aż się zrobi luźno i komfortowo i moja klaustrofobia przestanie mnie dławić. Czy nie piękna wizja?