czwartek, 7 maja 2009

Kulinaria: Jak zachować się w barze sushi?


Linka do tego, absolutnie genialnego filmiku podesłała mi Luca, za co bardzo jej dziękuję. Stwierdziłem, że filmik nie może zaginąć w niepamięci i dlatego trzeba go gdzieś zarchiwizować. Teraz wszyscy moi czytelnicy w ilości zdaje się 3 (może 4) sztuk (lub osób, żeby nikogo nie obrażać) mogą zapoznać się z sushi-instruktażem.



PS. Zwróćcie uwagę na niezwykle apetycznego Taisho (szefa przygotowującego sushi), który jest w typie przystojnego zbira samuraja. Dla mnie rewelacja (szczególnie bogata mimika :P).

Powodzenia przy kolejnym sushi! (Będziemy pić piwo i robić "Maa maa maa maa" - "Oh toh toh toh"!)

poniedziałek, 4 maja 2009

Muzyka: Lukrecja Borgia w Operze Narodowej


Już na samym wstępie muszę wylać kubeł goryczy jeszcze z samym spektaklem niezwiązanej. Warszawska Opera Narodowa to po prostu żenda! W korytarzach straszą zakurzone kostiumy pamiętające jeszcze powojenną II RP oraz pokraczne „dzieła sztuki”, które nie wiadomo do końca, jaki mają związek z miejscem ich wystawienia. Windy żądają litości! Schody przypominają jeszcze (starymi plastrami), że leżał na nich niegdyś dywan, ale już nie spodziewają się go zobaczyć powtórnie. Materiałowe tapety utraciły już dawno kolory, faktury i wzory i przypominają smętne szmaty rozpięte na ścianach. Barki z przekąskami i napojami to w ogóle jakaś pomyłka! Kawa parzona za naciśnięciem jednego guzika na ławce szkolnej pokrytej zielonym obrusem, za jakim siadywał dyrektor na apelach. Kawę tę można następnie wypić na fragmencie pseudogranitowego blatu znajdującym się obok pustego i podupadłego na duchu regału lub przy zapuszczonym fortepianie. No po prostu wstyd. Moim zdaniem należy całkowicie zabronić wstępu obcokrajowcom, a w szczególności dygnitarzom, gdyż to jest zwyczajna (kolejna zresztą) kompromitacja.

Co do samego przedstawienia nie było wiele lepiej. Szedłem nastawiony nieco negatywnie, gdyż już z recenzji wiedziałem, że jest kiepsko, ale jednak walczyłem ze sobą, aby dać przedstawieniu szansę. Walkę wygrałem i szansę dałem, tylko przedstawienie z niej nie skorzystało.

Dekoracje pasjonujące! Naprawdę piękne. Akcja rozgrywa się na rożnych poziomach sceny, co daje świetny efekt, bo widzimy kilka miejsc równolegle. Na końcu, gdy część bohaterów prowadzona jest do podziemi, cala scena podjeżdża do góry (sic!), odsłaniając nam to, co dzieje się na dole. To naprawdę dużo ciężkiej pracy technicznej, której nie można nie docenić.

Niemniej przeniesienie akcji z XVI wieku czasów II wojny światowej - zupełnie nieuzasadnione. Oglądaliśmy i nadal, mimo scenografii i kostiumów, wydawało nam się, że jesteśmy w XVI wieku. Po co to uwspółcześnienie - ciężko stwierdzić.

Sprawa kolejna. Uwydatnienie wątków homoseksualnych. Już wcześniej pisałem na przykładzie Henry’ego Jamesa, jaki mam stosunek do wyciągania z treści tzw. podtekstów i międzytekstów. Tutaj było tak samo. Po prostu zły pomysł. Główny bohater, Gennaro, zakochuje się u początku sztuki w Lukrecji Borgii, co jednak nie przeszkadza mu mieć płomienny romans z przyjacielem. Cały wątek oparty jest na wyznaniu, jakie składają sobie bohaterowie, że będą razem aż do śmierci. Faktycznie - literatura i sztuka przed Lukrecją Borgią nie znała nigdy płomiennych przyrzeczeń przyjaźni między mężczyznami! Na szczęście to tylko mały wątek, więc nie będę się nad tym dalej rozwodził.

Najgorsze jednak, co przytrafiło się tej operze, to odtwórczyni głównej roli - Joanna Woś. Głosik ta pani ma po prostu bardzo słaby, jak wróbelek. Słabiutkie, urywane koloratury. Dodatkowo marna gra aktorska, nieumiejętność poruszania się w kostiumie sprawiły, że wyglądała raczej jak stara chruściarka lub zasuszona wiedźma niż jak heroina i jedna z najsławniejszych trucicielek. Nawet osoba nieznająca się na rzeczy (jak ja) może łatwo stwierdzić, kiedy ktoś śpiewa dobrze, a kiedy nie. Otóż razem z Luką stwierdziliśmy, że nawet najlepsza aria operowa będzie szalenie nudna, gdy się ją źle zaśpiewa. Dzielimy więc głosy na te, które:
a) zachwycają i czynią sztukę ciekawą,
b) nudzą tak strasznie, że aż tyłek boli.

Głos Joanny Woś, przynajmniej przy roli Lukrecji, zalicza się ewidentnie do tej drugiej kategorii.

To chyba wszystko na ten temat. Nie polecam, szkoda czasu, pieniędzy i zachodu. Nie na samą sztukę, ale na to wystawienie. (Oczywiście publika była zachwycona, ale zdaje się, że poza premierami, do opery chodzą takie tłuki, że byliby zachwyceni nawet, gdyby kto głośno pierdnął). Na nieszczęście Joannę Woś zobaczymy jeszcze w najbliższym czasie w roli Eurydyki, w premierze Orfeusza i Eurydyki Glucka. Może w tej roli sprawdzi się lepiej, bo w sumie tutaj ważniejsza jest postać Orfeusza, a Eurydyka nie jest też ani trochę tak silną osobowością jak Lukrecja, więc i głos może mieć słaby i nieśmiały.

PS. Zapomniałem jeszcze wspomnieć, że eksplorowanie wątku gejowskiego w Lukrecji Borgii polegało również na tym, że w programie sztuki zamieszczono mnóstwo dziwnych artykułów o seksualności, autorstwa Marii Szyszkowskiej, Sylwii Chutnik i in.

Poczytalnia: Marek Węcowski, Lotniskowce Peryklesa


Pisałem ostatnio o zalewie chłamu, jakim raczy nas wirtualna gazeta.pl. Drukowana Wyborcza na szczęście od czasu do czasu potrafi wzbić się na wyżyny i wypuścić jakiś lepszy tekst. Tym razem wraz z czwartkowo-piątkowym wydaniem Gazety otrzymaliśmy dodatek Gazeta na Majówkę, w którym poza wywiadem z Andą Rottenberg i kilkoma innymi ciekawie zapowiadającymi się tekstami, opublikowano również tekst doktora Marka Węcowskiego, historyka starożytnej Grecji, pracującego w IH UW, z którym miałem przyjemność mieć niegdyś zajęcia (jedne z tych nielicznych niezapomnianych, naprawdę dobrych zajęć na filologii klasycznej). Doktor Węcowski w swoim eseju przedstawia nam korzenie demokracji amerykańskiej, pokazując jej greckie, a nie tylko rzymskie korzenie.

Na marginesie wspomnę, że na którymś roku studiów (nie pamiętam 4, 5 czy 6) chodziłem na szalenie nudne proseminarium do dra Brodki, który przyjechał na UW z odsieczą z Krakowa. Seminarium dotyczyło historiografii łacińskiej, a zaliczenie II semestru miało się odbyć na podstawie pracy pisemnej na dowolny temat związany z seminarium. Ja wybrałem sobie jak zwykle temat niezwykle ambitny: Porównanie współczesnej polityki Stanów Zjednoczonych z polityką Cesarstwa przedstawioną w listach Pliniusza Młodszego (chyba taki był ten temat, już dokładnie nie pamiętam). Otóż prowadzący zajęcia tylko pokiwał głową, nie powiedział nic, ani że zbyt ambitne, ani że ciekawe - nic. Zdaje się, że jednak jego zdaniem temat był totalnie do bani, zupełnie nieciekawy, gdyż pan ten, mimo obranej tematyki proseminarium, tak naprawdę zainteresowany był (jak niestety większość filologów) odmianą czasownika i niczym więcej.

Chwała więc Markowi Węcowskiemu za dużo bardziej życiowe i, przede wszystkim, ciekawe podejście do tematu. Tego typu teksty w najlepszy sposób aktualizują naszą wiedzę o starożytności. Czytanie Starych Mędrców li tylko dla piękna końcówek gramatycznych łaciny lub greki, jest po prostu bezcelowe. Jeżeli będziemy postępować właśnie w taki sposób, położymy pierwszy kamień pod grób nauk o starożytności, gdyż przyznamy, że pozostawiona nam przez Greków i Rzymian wiedza jest już całkowicie nieaktualna i nie ma odniesienia do dnia dzisiejszego.

(Przy okazji w kwestii mojego poprzedniego wpisu o piractwie: dopuszczę się go teraz osobiście. Wiem, że pozbawiam Agorę milionów, które mogłaby zarobić na sprzedaży dostępu do archiwum, jak również zubażam BN, który zażyczyłby sobie 3 zeta za każdą stronę kserokopii A3, ale sądzę, że artykuł Marka Węcowskiego jest wart ryzyka narażeniu się powyższym instytucjom - zamieszczam więc poniżej.)





środa, 29 kwietnia 2009

W amoku: Lubię rzetelne dziennikarstwo, czyli raport GW o piratach w sieci


Na gazeta.pl artykuł o piractwie. Polacy podobno przodują w tym procederze (oczywiście w porównaniu z krajami Zachodu, nie z Ukrainą, Rosją...). Oczywiście pirat jest zły, przecież każde ściągnięcie np. filmu to strata dla wytwórni, która co prawda operuje miliardami dolarów, ale faktycznie to nie jest dobry argument.

Ja osobiście staram się nie ściągać nielegalnych plików. Dlatego też wydaję majątek na muzykę (nie ścigam choćby dlatego, że słucham głównie klasycznej i chcę mieć pewność, że wykonanie i jakość będą odpowiednie, więc ostatecznie muszę wyłożyć np. 79 zeta na trzypłytowe nagranie opery Haendla, ale do tego jeszcze wrócę), filmy i książki. Książek z racji rzeczy nie wyobrażam sobie ściągać z netu, bo po prostu nie znoszę czytać z kompa.

To co zdenerwowało mnie w artykule, to jak zwykle durne i jednostronne podejście do tematu. Oczywiście, piracenie nie jest dobre i zasobność naszego portfela jest marnym wytłumaczeniem. Ale mam kilka lepszych argumentów, nie tylko z pieniędzmi związanych.

1.
Powiedzmy to szczerze - jesteśmy w ciemnej dupie w porównaniu z Zachodem. Bo niby dlaczego interesujące mnie książki sprowadzam z USA lub GB, dlaczego dopiero teraz wydawane są u nas książki, które w Stanach można znane są od całych dziesięcioleci. Jak zwykle usłyszę na pewno żałosny argument, że my mieliśmy socjalizm i było nas źle, bo Rosja nas doiła i nic nie było wolno. Spoko... Tylko że socjalizm skończył się 20 lat temu, a my korzystając z nowej, cudownej demokracji i ukochanego kapitalizmu zamiast sensownie rozwijać rynek wydawniczy postanowiliśmy iść za głosem ludu i wydawać, już obecnie chyba wyłącznie, pamiętniki z wycieczki górskiej Jarka Kreta i zwierzenia seksualne Dody! Wybór przed jakim staje rozsądny czytelnik, który też chciałby czytać, to: czy wydać 120 zeta na 3 książki o Dodzie, Jarku Krecie i gadającym bananie, czy może sprowadzić coś sensownego z USA w ilości tomów 1. No i ja tak sprowadzam właśnie...

2. Lubię kupować filmy na DVD. Kolekcjonuję je, bo lubię do nich wracać. Jedno, czego nie mogę zrozumieć - czemu produkcja amerykańska, bez względu na treść, jakość i ilość korekty komputerowej, musi kosztować grubo ponad 40 zeta, a często nawet 60, gdy tymczasem świetne pozycje kina europejskiego można kupić po 10-14 zeta? Czy dziwi kogoś fakt, że zainteresowany woli zakupić za 12 zł „Biegnij Lola, biegnij!”, a „Elżbietę” ściągnąć z netu? Mnie to nie dziwi. Bo jak rozumiem, jeśli chcesz być uczciwy, stajesz przed wyborem wszystko albo nic: płacisz 60 zł albo nie oglądasz wcale.

3.
Kolejną sprawą są seriale. Osobiście mogę się dostosować do pory emisji, przetrwać reklamy itd. Tyle że wiele dobrych seriali w ogóle w naszym kraju nie jest dostępnych. Np. Nikita*, która była świetnym serialem, na DVD, a nawet na VHS, wcale u nas nie była wydana. Lub genialne Queer As Folk**. Można je sprowadzić ze stanów - przeważnie boks ze wszystkimi seriami kosztuje koło 400 zł - kogo na to stać. Oczywiście znowu: wszystko albo nic, nie masz kasy nie oglądasz.

Chodzi mi jednak o to, że jeśli oskarżamy wszystkich piratów o to, że są źli i zepsuci do szpiku kości, to ja chciałbym powiedzieć szczerze naszym drogim polskim wydawcom i dystrybutorom: dorośnijcie! Każdy zasłania się wskaźnikami ekonomicznymi tylko i absolutnie nikt nie jest zainteresowany zrobieniem czegoś po prostu porządnie. Wydaniem, że tak powiem, na czas (a nie po 20 latach) ambitnej pozycji czy sprowadzeniem koneserskiego filmu do kraju. A dodatkowo - Hollywood jak się boi piratów, to niech zacznie produkować tańsze, ale za to wypełnione treścią filmy, zamiast intelektualnej breji za ciężki miliony - wtedy DVD będzie kosztować 20 zeta, nie 40 i pójdę z przyjemnością kupić dwa!

Dziękuję za uwagę.
_______________________
* Najtańsza na dzień dzisiejszy znaleziona oferta Nikity, tylko sezonu pierwszego - 65 zł.
** Wszystkie sezony Queer As Folk - 330 zł.

wtorek, 21 kwietnia 2009

W amoku: Między łóżkiem a bezkresem wszechświata


Jeden z moich znajomych opisał ostatnio piękną scenkę autobusową. Podobała mi się one szczególnie dlatego, że wykazał się dostateczną trzeźwością umysłu, aby wydać na świat ciętą ripostę. Ja niestety podzielam schorzenie wielu osób i pod względem ciętych ripost jestem l’homme d’escalier, czyli riposta przychodzi mi do głowy już po wszystkim. Jest mi jednocześnie żal i wstyd, bo niektórzy naprawdę zasługują, by kilka dobrze dobranych słów usłyszeć.

Nawiązuje do tego, aby moim całkiem nowym zwyczajem przejść do czegoś zgoła innego. Otóż ten sam znajomy od notki autobusowej, dla potrzeb tego tekstu nazwijmy go Pięknozadym, w innej swojej notce, a może nawet w kilku lub kilkunastu notkach (cytatów nie będę szukać, wszak jestem św. Tomaszem, patronem gnuśnych), wspomina o kwestii „otwartego bycia gejem”. Przejawia się to m.in. w trzymaniu swojego partnera za rękę na ulicy, w całowaniu w miejscach publicznych itd. Oczywiście, ktoś bardziej w całej kwestii obeznany, mógłby powiedzieć: Pięknozady siedział przecież w Holandii tyle czasu i holenderska rozwiązłość mu uderza na zmysły. Porzućmy jednak tę ścieżkę rozumowania. Interesuje mnie raczej różnica podejścia światopoglądowego między Pięknozadym a mną. Otóż zgadzam się, że w sumie powinno się móc swobodnie okazywać uczucia swojemu partnerowi gdzie tylko się chce (choć nie za bardzo swobodnie, bo jako człowiek o stanowczych obyczajach, nie mogę zdzierżyć robienia ślimaka, czy to para homo czy hetero!). Jednak z czym się zgodzić nie mogę, a raczej co mnie w ogóle nie interesuje, to omawianie kwestii mojej orientacji. Zdarza się czasem, że osoba nowopoznana pyta: A kiedy się zorientowałeś, że jesteś gejem? Odpowiedź: A kiedy ty się zorientowałeś, że jesteś hetero? Pytanie: Czy twoi rodzice wiedzą, że jesteś gejem? Odpowiedź: A twoi wiedzą, że jesteś hetero? No i moje ulubione z serii pytań: Czy ciężko było się ujawnić? Odpowiedź: Przejdźmy do kolejnego zagadnienia: nie sądzisz, że wiosna w tym roku dopisała?

Znajdowałem się kiedyś w stanie, że tak powiem, wzmożonej świadomości gejowskiej. Na szczęście mi przeszło i jakkolwiek uważam, że kwestie związane z emancypacją homoseksualistów są niezwykle ważne, tak uważam też, że istnieją alternatywne, ciekawsze tematy dyskusji. Kilka lat temu z lubością odpowiadałem na wszelkie pytania dotyczące mojej orientacji, jednak szybko zdałem sobie sprawę, że nie jestem jednym z tych ludzi, którzy muszą się tym przejmować. Są osoby, które potrzebują i piszą na tematy związane ze społeczeństwem LGBT. Ja takiej potrzeby w ogóle nie odczuwam i jest mi z tym dobrze. Jeśli przyłapiecie mnie na oglądaniu aktów męskich, to nie mówcie: Wiedziałem, że cię to kręci. To banał – akty męskie kręcą mnie w tym samym stopniu co dadaizm, kubizm i XVI-wieczna aktywność artystyczna Arcimboldiego. Gdzieś po linkach z bloga Pięknozadego dokopałem się do tekstu o homoseksualnych konotacjach twórczości Henry’ego Jamesa i jako zdeklarowany homoseksualista muszę powiedzieć, że nie mam najmniejszej ochoty tych wątków w twórczości owego się doszukiwać.

Całe to przedstawienie wynika z dyskusji, jakiej ostatnio ze sobą nie przeprowadziliśmy (gdyż odbyła się ona za pośrednictwem Synafii, która relacjonowała Pięknozademu moje słowa, a mnie – jego). Dowiedziałem się, że Pięknozady nie rości żadnych pretensji do jakiejkolwiek wiedzy o istocie Boga lub wszechświata (owego lub nie mam ochoty teraz tłumaczyć, pozostawiam to na inną notkę). I faktycznie – nic na jego blogu nie wskazuje na takie zainteresowanie. Wszystko natomiast na duże zaangażowanie tzw. kwestią gejowską. Tymczasem ja, tak jak nie interesuje się szczególnie polityką, bo to trochę strata czasu, tak też nie interesuję się kwestią gejowską. Gejem po prostu się jest albo nie. I nie jest związane ze stopniem emancypacji to, że nie rozmawiam o swojej orientacji, nie chodzę z moim chłopakiem za rękę po ulicy, ani nie całuję go pod kolumną Zygmunta. Jeżeli ktoś chce ze mną rozmawiać o moim gejostwie, to jest to po prostu niepoważna rozmowa, na którą szkoda mi śliny. Co do chodzenia za rękę i innych form obłapiania, to w ogóle za nimi nie przepadam, bo jeśli mi na kimś zależy, to ta osoba o tym na pewno wie, a reszta świata wiedzieć nie musi. Chcesz opowiadać wszystkim z kim sypiasz – zostań tzw. gwiazdą, najlepiej telenoweli.

Nie jest to w żadnym sensie krytyka tego, czym zajmuje się Pięknozady, bo jego bloga czytam zawsze z zaciekawieniem. Uważam jednak, że myli się nieco w podejmowanym od czasu do czasu nawoływaniu, aby gejem być otwarcie. W końcu jeżeli zajmuję się teorią kwantową albo teorią małpy wodnej, to kogo u licha obchodzi, z kim sypiam. Wszak najwyższym stopniem emancypacji jest to, że ty nie tatuujesz sobie na czole, a inni nie wypytują natrętnie. Każdy żyje jak uważa i nie ma po co pod kołdrę zaglądać.

Doceniając więc różnorodność myśli i wieloświatopoglądowość, stwierdzam na koniec: Pięknozadego cechuje indyferentyzm w dziedzinie poznania Boga lub wszechświata, mnie natomiast to samo schorzenie w dziedzinie życia gejowskiego (choć np. niezwykle wysoko cenię wytwory campu).

Wszelka dyskusja i wynikające z niej konieczności sprostowania powyższego tekstu mile widziane. Blog jest niestety narzędziem często wymagającym porzucenia rzetelnej analizy, dlatego tekst ten może niesłusznie przypisywać pewne przekonania i postawy innym. Wyraża natomiast moją opinię na temat.


PS. Napisać o tym postanowiłem także dlatego, że zauważyłem, że wymaganie jawnego prezentowania swojej orientacji jest częstym błędem środowiska gejowskiego, które nigdy nie może wyjść ze zdziwienia, że jakiś twórca, pisarz, malarz, inny artysta, który jest gejem, nie podejmuje w swojej twórczości bezpośrednio tematyki gejowskiej. Podejście takie i presja, jaką wywiera to na twórców, owocuje powstaniem np. ogromnej ilości bardzo marnej literatury gejowskiej.

piątek, 3 kwietnia 2009

W amoku: Arystokrata w 5 minut



Przechadzałem się właśnie Nowym Światem i humor miałem wyborny. Czułem się już prawie jak lord Henry Wotton: dystyngowanym krokiem, pięknie ubrany spacerowałem wczesnym popołudniem w środku tygodnia jedną z ładniejszych ulic tego miasta. Jedyne, czego mi brakowało, to wejść do najbliższej kawiarni, gdzie oczywiście przebywaliby już moi znajomi, czekając aż przyłączę się do rozmowy, i zamówić wyborną, aromatyczną kawę oraz babeczkę Armaniego.

Wtedy, niespodziewanie, mój wzrok powędrował w bok na witrynę jednego ze sklepów. Wystawa ta zwróciła moją uwagę, gdyż była ładna, przemyślana i niezwykle stylowa. Na ascetycznym białym tle umieszczono jakby w zawieszeniu miniaturowe przezroczyste plastykowe krzesełka w stylu Ludwika XIV. Każde krzesełko miało inny kolor oparcia i na każdym umieszczony był inny rodzaj naboju kawowego do ekspresu Dolce Gusto. I właśnie to zestawienie poraziło mnie, wręcz zmroziło mi krew w żyłach.

Wystawa ewidentnie biła ekskluzywnością, wyrafinowaniem i stylem. Tak właśnie ma być postrzegany produkt, jakim jest Dolce Gusto. Tymczasem ja mam z tym duży problem. Dla mnie jednym z niezwykle istotnych elementów ekskluzywności jest ceremoniał i czas na niego potrzebny. Nie można jednocześnie wieść ekskluzywnego życia i nieustannie się spieszyć.

Jasne, współcześnie każdy się spieszy, ale to odróżnia prawdziwego arystokratę naszych czasów od wszystkich, którzy pod arystokrację podszyć się starają, że ma trochę czasu, który może poświęcić na relaks i na ceremoniał, np. związany z właściwym wypiciem kawy. Przy piciu kawy i herbaty w szczególności spieszyć się nie wolno. Wiedzą o tym japońscy biznesmeni, którzy potrafią ze swego zabieganego dnia wyrwać 4 godziny na odbycie rytuału picia herbaty. Nie potrafią tego natomiast Europejczycy. Naszym nuworyszom wystarczy, że wleją w swój przełyk szklankę wybornej kawy lub kielich najprzedniejszego wina, smaku nie czując wcale. Bo nie chodzi już o smak, o związane z piciem odczucia - chodzi tylko o to, aby pokazać, że nas stać. Wiadomo, że żyjesz pełnią życia, gdy w restauracji wykrzyczysz „Garcon! Dwie butelki najdroższego wina, ino chyżo!”. Potem szybko trzeba ten alkohol zdoić i biec dalej.

Dolce Gusto jest dla mnie symbole i ucieleśnieniem tej zakłamanej ekskluzywności. Drogie, piękne, niedostępne. A gdy w końce je posiądziesz, po prostu montujesz nabój w ekspresie, naciskasz guzik i kawa sama się robi - jaka tylko chcesz: espresso, latte, cappuccino. Wypijasz i idziesz do pracy. Cały rytuał sprowadzony do 5 min. Nie możesz powąchać najpierw suchej kawy, a potem zaparzonej. Nie dozujesz odpowiadającej ci ilości kawy czy mleka. Wszystko zależy tylko od wyboru koloru naboju. Nie potrafię po prostu pogodzić się z tym, że jakość i ekskluzywność mylone są z drożyzną. Bo ekskluzywna jest dla mnie Lavazza, którą co rano wsypuję do swojego ekspresu, własnoręcznie ubijam i parzę w takiej ilości wody, w jakiej chcę. I kto teraz będzie Krzysiem, Bisiem lub Szczęnisiem* - gość w dziurawych portkach, który ma czas i potrafi docenić (a także ocenić) to, co dobre, czy zabiegany nuworysz, bogaty biznesmen w drogim garniturze, którego nazwy nie potrafi nawet wymówić?

_____________________
* Krzyś, Biś i Szczeniś są bohaterami „Błękitnej krwi” Magdaleny Samozwaniec. Należą do zubożałej szlachty polskiej, a ich wyrafinowane gusta w nowym, niearystokratycznym świecie powodują wiele problemów.
kulinaria